Parol – zagięty na modę
Esencja skromności, naturalności i bezpretensjonalnego uroku – Konrad Parol jest osobą, w którego otoczeniu chce się przebywać. Choć odniósł już znaczące sukcesy – w ubiegłym roku zdobył dwa wyróżnienia w konkursie „Złota Nitka” za kolekcję dla panów zatytułowaną „3 kolory: szary, niebieski, biały” – i wiele wskazuje na to, że kolejne z pewnością nie powinny być dla niego niespodzianką, to wciąż podchodzi do swojej profesji z młodzieńczym entuzjazmem i zapałem. Ma do zaoferowania świeże i oryginalne spojrzenie na modę męską, w której najbardziej interesuje go forma.
Ani nie zawdzięcza sukcesu
Spotykamy się w „Karmie” na pl. Zbawiciela. Gdy po wejściu do wnętrza szukam Konrada wzrokiem, dostrzegam drobną postać wciśniętą w wielki fotel. Ma na sobie szarą bluzę i dżinsy, na podłodze leży świetna wielka torba z jego najnowszej męskiej kolekcji: – Nie wiem, czego się spodziewałaś, ale ja ubieram się byle jak. Zupełnie nie zwracam uwagi na to, co zakładam – mówi szczerze, uśmiechając się. Sugeruje, byśmy usiedli na zewnątrz kawiarni, ale tu ja okazuję się nieśmiała i odmawiam dzielenia ławy z jakimś obcym mężczyzną zajmującym miejsce przy jedynym wolnym stoliku.
Konrad Parol wrócił niedawno z łódzkiego Fashion Week. Najbardziej podobała mu się tam kolekcja offowa, a w niej m.in. ceratowy biały płaszczyk przeciwdeszczowy, wycinany ażurowo, firmowany przez „Mysikrólika” (o Martynie Czerwińskiej pisaliśmy przed miesiącem): – Zrobiła tam wspaniały performance. A jechałem bez nadziei na zobaczenie czegoś fajnego, bo rok temu organizatorzy zawiedli i wśród publiczności większość stanowili znajomi. Teraz było znakomicie. Niczego nie oczekiwałem. Cieszyłem się, że moje ubrania zostaną pokazane przed kolekcją Ani Kuczyńskiej, bo sądząc, iż nikt mnie nie zna, miałem nadzieję, że zobaczą moje rzeczy chociaż ci, którzy przyjadą wcześniej na jej pokaz. Tymczasem okazało się, że wiele osób z wielką chęcią przyszło “na mnie” – cieszy się projektant. – Przede mną swoje propozycje zaprezentowała Marta Siniło, po mnie była Ania i słyszałem opinię, że były to najlepsze pokazy. Już nie mogę się doczekać października i pierwszej październikowej odsłony łódzkiego Fashion Week – dodaje.
Branża ponad podziałami
Pytany, jakie wielkie nazwiska chciałby zobaczyć kiedyś w Łodzi, bez namysłu wymienia Amerykanów Alexandra Wanga oraz tandem Proenza Schouler. Po krótkiej chwili dodaje wielką belgijską artystkę mody – Ann Demeulemeester. – Ale bardzo fajnie byłoby zobaczyć też w Łodzi czołówkę polskich projektantów: Macieja Zienia, Gosię Baczyńską, Dawida Wolińskiego. To designerzy ukochani przez media i chyba jedni z nielicznych w Polsce, którzy zarabiają na tym, co robią, którzy mogą się z robienia mody utrzymać. Byłoby dobrze, gdyby do Łodzi przyjechała się pokazać także czołówka branży, bez żadnych dąsów i fochów, by to środowisko się skonsolidowało – postuluje Konrad.
Drążę ciekawy temat zarabiania lub niezarabiania na modzie. Czyżby mój rozmówca nie mógł się utrzymać ze swojego fachu? – Zarabiam, ale to nie są takie pieniądze, jakie pozwalałyby się cieszyć finansową swobodą. To jest praca, która wymaga nieustannego inwestowania, m.in. w tkaniny, krawcową. Cieszyłbym się, gdybym mógł zarabiać na czysto w miesiącu pięć tysięcy złotych. Myślę, że to by był przyzwoity zarobek. Tymczasem jedną sukienkę ślubną szyje się czasem dwa miesiące, gdy klientka życzy sobie wielu poprawek. Często też zapłata odbywa się w ratach – mówi Konrad.
Maszyny do szycia mogą przerazić
Projektant uświadamia mi, że jego profesja nie wymaga od niego umiejętności szycia: – Od tego jest krawcowa. Ja na szczęście nie muszę umieć szyć, nie mam zdolności manualnych. Maszyny do szycia mnie przerażają. Raz dawno temu postanowiłem uszyć spódnicę z zaszewkami, ale nie uwzględniłem tego, że zaszewki trzeba doliczyć do formy a ja je odjąłem. W rezultacie zamiast sześćdziesięciu centymetrów w pasie wyszło mi czterdzieści. Wystarczy więc, że zaprojektuję ubranie, dobrze wszystko narysuję i będę w stanie wyjaśnić, o co mi chodzi – twierdzi Konrad.
Designer musi przede wszystkim potrafić skonstruować projekt, zrobić dobrą formę. Parol uczestniczy w całym procesie tworzenia ubrania przez krawcową i w fazie przymiarek: – Gdyby projektant miał jeszcze uczyć się szycia – a to bardzo wielki kunszt – to mógłby dojść do czegoś dopiero koło czterdziestki – stwierdza Konrad Parol. Sam postanowił pobierać nauki u najlepszych. Po ukończeniu Liceum Plastycznego myślał o zdawaniu na Akademię Sztuk Pięknych w Łodzi, ale niezadowoleni absolwenci tej uczelni odwiedli go od tego pomysłu. Ukończył za to dwuletnie warszawskie Studium Projektowania, które nic mu nie dało: – Po pół roku zorientowałem się, że nauka tam nie ma sensu. Poszedłem na staż do Maćka Zienia – opowiada. Przypominam mu, że jedni z jego ulubieńców, Proenza i Schouler także odbyli dobre staże – pierwszy u Michaela Korsa a drugi u Marca Jacobsa.
- Maciek uznał moje portfolio – wówczas dziewiętnastolatka – za interesujące i dał mi dwa tygodnie na zaprojektowanie kolekcji na dowolny temat. Spodobała mu się i potem przychodziłem do niego dzień w dzień, ucząc się współpracy z ludźmi, odpowiedzialności za nich, zachowania z klientami – mówi Konrad. Jego relacje z Maciejem Zieniem były w rodzaju tych łączących ucznia i mistrza. Parol zrozumiał m.in. że projektowanie mody nie polega na tworzeniu awangardowych ubrań, które będą potem zalegać w szafach, ale na szyciu rzeczy do noszenia. – Ten staż dał mi bardzo wiele. W żaden inny sposób nie nauczyłbym się, czym jest moda od strony biznesowej. Ten rodzaj edukacji jest moim zdaniem najlepszy, bo umożliwia szybką drogę od projektu do realizacji. Szkoła tego nie zapewnia – zdecydowanie stwierdza Konrad. Potem nawiązał współpracę z firmą produkującą buty, wytwarzającą je w Chinach. Odwiedzał tam fabryki, spędził na Dalekim Wschodzie bardzo wiele czasu. Wyjeżdżał tam wielokrotnie, za każdym razem zostając na miesiąc lub dwa: – Zostawiłem tam część siebie – rozmarza się.
Chiny go zafascynowały – ludzie, ich kultura, krajobrazy, metropolie. Zwłaszcza Szanghaj, Hongkong i Kanton. Także smaki, choć dla Europejczyka prawdziwa chińska kuchnia jest zbyt tłusta. Bardziej smakowały mu potrawy wietnamskie. Warszawiaka z urodzenia, jego rodzinne miasto raczej nie inspiruje. Projekty wyrastają z potrzeby chwili: – Chodzę po sklepach i nie znajdując dla siebie niczego ciekawego, sam to tworzę – przyznaje. Nie ma swojego butiku – kilka modeli jego autorstwa znajduje się w concept storze „RS1” Roberta Serka przy ulicy Koszykowej 1.
Szaro i odważnie
Nową męską kolekcję Parola chcą nosić także kobiety. Składają się na nią głównie bluzy. Na tle stonowanych szarości, beży i oliwkowej zieleni mocnym akcentem jest ich niekonwencjonalna forma. Jeden z modeli przypomina pelerynkę alternatywnego superbohatera, inny ma dziwne wypustki kojarzące modela, który ją nosi, z mieszkańcem obcej planety. Te ciekawe projekty zwróciły uwagę organizatorów pokazu mody w Berlinie, gdzie wkrótce nasz designer się zaprezentuje. Trzymamy kciuki!
Zobacz też
Brak powiązanych artykułów


































